Wild Jungle

Dlaczego nie planuję już w bullet journalu?

bullet journaling

Obserwując mojego Instagrama mogliście zauważyć, że już od jakiegoś czasu nie planuję w bullet journalu. Od grudnia 2021 roku korzystałam wyłącznie z kalendarza od Pani Swojego Czasu tworząc coś pomiędzy kalendarzem, a bullet journalem, a od czerwca komunikowałam Wam, że testuję inne metody planowania. W końcu nadszedł ten dzień, by przyznać się dlaczego kompletnie zrezygnowałam z bullet journalingu, którego przez długi czas byłam ogromną zwolenniczką.

Bullet Journaling - Moja historia

Przeglądając Pinterest trafiłam na piękne, ręcznie rysowane planery. Był to 2016 rok. Znalazłam nazwę “bullet journal” i sprawdziłam ją na YouTubie. Od zawsze uwielbiałam planować na papierze, a artystyczny element w tej metodzie przekonał mnie do siebie praktycznie od razu. Na YouTubie przewinęło się kilka razy imię i nazwisko twórcy systemu, ale nie przywiązałam do niego zbyt dużej uwagi. Chciałam mieć taki piękny planer, zrobiony od początku do końca przeze mnie! Wyciągnęłam jeden z miliona moich zeszytów chowanych “na zaś” i zaczęłam rysować miliony rozkładówek. Był to prosty zeszyt w linie z czarno-złotą okładką. Spodobało mi się, że mogę mieć w nim wszystko co mi się zamarzy i myślałam – fajnie, w końcu nie będę musiała patrzeć na te brzydkie strony kalendarza z nikomu niepotrzebnymi mapami, nie będę miała pustych kartek, będzie super.

Jakiś czas później odkryłam Rydera Carrolla, twórcę systemu i lepiej zrozumiałam o co chodzi. Co ciekawe, oryginalny system nie miał wiele wspólnego z artystycznymi planerami pokazywanymi na Instagramie i Pintereście. Ale ja chciałam ładnie. Więc inwestowałam w przybory do rysowania, zeszyty i inne przydasie. W okolicach 2017 roku wybuchł bum na bujo w Polsce i tak sobie trwał przez kilka lat, a ja byłam jego maleńką częścią tworząc rozkładówki i wrzucając ich zdjęcia na Instagram i tworząc wpisy blogowe.

W okolicach 2020 roku bullet journaling zaczął mnie męczyć. Męczyło mnie tworzenie rozkładówek, szczególnie, że w związku z koroną tworzyłam je głównie pod publikę – na Instagram. Bullet journal zaczynał być przykrym obowiązkiem. Skoro siedziałam w domu spanikowana paskudnym zarazkiem, to raczej nie planowałam nic wielkiego. Studenckie czasy minęły, więc tutaj też planer przestał być przydatny. Okazji do planowania było coraz mniej – nie było potrzeby tworzyć wielkich rozkładówek z planami na cały miesiąc, więc mój notatnik odszedł w zapomnienie. Nie mówiąc już o tym, że zaczęłam powoli dostrzegać wady tej metody. Bullet journal po prostu przestał być dla mnie praktyczny. I oto spotykamy się dzisiaj – rok od momentu, w którym postanowiłam kompletnie przestać planować w bullet journalu, poza niewielkim epizodem, kiedy testowałam metodę na iPadzie.

Powody, dla których nie planuję już w bullet journalu

Mam wrażenie, że szał na bullet journaling zaczyna przemijać. Może dlatego, że ostatnio odcięłam się trochę od społeczności bullet journalingowej. Specjalnie, żeby zobaczyć czy moje przeczucia są właściwe zrobiłam kilka dni temu na Instagramie ankietę. Wielu z moich obserwujących zaznaczyło, że albo nie planuje, albo już nie planuje w bullet journalu. Powody były bardzo podobne. Ucieszyłam się też, że nie napisałam tego wpisu rok temu, kiedy podejmowałam decyzję o porzuceniu bullet journala na rzecz innych sposobów planowania, bo dzięki temu byłam w stanie wyciągnąć kilka dodatkowych wniosków na temat tego, czemu ta metoda już mi nie odpowiada.

Chciałabym podkreślić też, że nie krytykuję bullet journalingu jako metody. Wciąż uważam, że może być to świetna metoda planowania, bez względu na to czy tworzycie rozkładówki według oryginalnego systemu, czy robicie coś bardziej artystycznego. Wiem też, że bullet journal może mieć dużą wartość terapeutyczną – dla mnie w pewnym okresie życia zdecydowanie miał. Ale ja obecnie potrzebuję innego systemu. A oto powody dlaczego.

Czas

– to jeden z powodów, który przewijał się w Waszych odpowiedziach najczęściej – i jeden z głównych, które przyczyniły się do mojej rezygnacji z bujo. Co miesiąc musiałam poświęcić kilka godzin na zrobienie rozkładówek. Dlaczego kilka godzin? Dowiecie się poniżej. Jeśli nie zrobiłam rozkładówek na cały miesiąc (a zwykle tego nie robiłam, bo było to kolejne kilka godzin i cały proces rozkładał się na dwa dni), to co tydzień w niedzielę lub poniedziałek rano musiałam narysować rozkładówkę na nowy tydzień. Co zwykle kończyło się rysowaniem w środę, uzupełnianiem braków – i finalnie kompletnym brakiem planowania. A przecież bullet journal miał mi służyć właśnie do tego – do planowania.

Wieczny bałagan w planerze

 – w okresach intensywnego planowania mój notatnik był zwyczajnie ogromnym burdelem zadań. Wykreślenia, strzałki, przepisywanie zadań – zero przejrzystości. Nie dało się w nim odnaleźć, a otwierając go miałam ochotę się położyć w łóżku i nie robić nic. No i wiecie – co mi po ładnej rozkładówce, skoro nie mogę wziąć się do roboty?

Planowanie spotkań

– o ile spotkanie nie odbywało się w nadchodzącym tygodniu lub bieżącym miesiącu – nie miałam gdzie go zapisać. Owszem, mogłam zapisać je w innym miejscu, później przepisać albo tworzyć osobną rozkładówkę na wydarzenia na kolejne miesiące, znowu je przepisywać, itd. Ale znacznie prościej jest mi trzymać takie informacje w cyfrowym kalendarzu, szczególnie, jeśli do tego spotkania muszę się jakoś przygotować i trzeba to też gdzieś zapisać.

Planowanie następnego tygodnia

– zwykle w niedzielę wieczorem lub w poniedziałek rano planuję zadania na cały tydzień. Czasem zdarza się tak, że dużo wcześniej wiem, że będę musiała wykonać jakieś zadanie np. w kolejnym tygodniu. W bullet journalu nie miałam jeszcze zrobionej rozkładówki, więc takie zadanie musiałam zapisywać gdzieś na boku lub tworzyć osobną sekcję na “następne zadania”. W cyfrowym planerze jest to dużo łatwiejsze – po prostu zapisuję wszystkie zadania, które przychodzą mi do głowy w ciągu tygodnia w aplikacji “Zadania” od Google albo w Notion w odpowiedniej bazie i podczas bloku planowania tygodnia rozdzielam zadania na poszczególne dni.

Przesuwanie zadań

 – w bullet journalu było dla mnie bardzo problematyczne. Dlatego moje rozkładówki były całe pokreślone i mało estetyczne. Robił się bałagan i ciężko było się w nim odnaleźć. Generalnie pracuję zwykle na zasadzie – jeśli nie czuję się dobrze i coś nie musi być koniecznie dzisiaj zrobione, to tego nie robię. A w poprzednich latach takie okresy miałam dosyć często. Nawet planując zadania danego dnia na podstawie obecnego samopoczucia – często zdarzało się, że nie zrobiłam wszystkich i musiałam jakoś je gdzieś przerzucić. Wykreślając, robiąc strzałki i tym podobne. W kalendarzu cyfrowym po prostu przesuwam zadanie, kiedy mam taką potrzebę i wszystko wygląda dobrze.

Tworzenie bloków czasowych

 – ostatnio zaczęłam pracować w blokach czasowych. Kiedyś chciałam je przetestować w bullet journalu i poniosłam klęskę. A teraz okazało się, że bloki czasowe w sumie całkiem świetnie u mnie działają. W bullet journalu tworzenie bloków też jest oczywiście możliwe. Wymaga jednak miejsca i dobrze przemyślanej rozkładówki. W Google Calendar nie mam z tym problemu. Nie dość, że mogę wyznaczyć bloki czasowe, to jeszcze mogę dodać do nich długie listy zadań i o nic się nie martwię. Bloki mogę dowolnie przesuwać, nie martwiąc się o estetykę, a estetyka i przejrzystość są dla mnie bardzo ważne.

Limit miejsca

 – tyle miejsca ile sobie zrobisz na rozkładówkę, tyle będziesz mieć na zadania. A że lubiłam mieć tydzień na dwóch stronach, w dodatku na maksa ozdobiony, to tego miejsca było niewiele. W cyfrowym kalendarzu mogę zapisać wszystkie duperele jakie przyjdą mi do głowy – od umycia twarzy szczoteczką, po nałożenie maseczki wieczorem. A że ostatnio wyznaję zasadę, że zapisuję w ciągu dnia wszystkie rzeczy, które przyjdą mi do głowy – w bullet journalu musiałabym mieć luźną kartkę, a później te zadania przepisywać.

Praktyczność - noszenie notatnika

 – planując w bujo musisz mieć go ciągle przy sobie. A zeszyt waży i zajmuje miejsce. W moich mikro torebkach nie ma miejsca na notatnik, więc jeśli znajomi pytali o termin, musiałam im powiedzieć – sorry, sprawdzę w domu / sprawdzę później / nie wiem. Zakładając, że miałam już jakieś konkretne plany zapisane (no bo nie robiłam rozkładówek bardzo w przód xD). Planując cyfrowo nie mam tego problemu – mój kalendarz jest zawsze przy mnie, w telefonie, który mam zawsze ze sobą. Mogę sprawdzić też kalendarz na różnych urządzeniach, bo wszystko się synchronizuje.

Social Media a bullet journaling

Wydajność – chciałam, żeby mój bullet journal był ładny, żebym mogła podzielić się nim na Instagramie, a co za tym szło – zużywałam energię na tworzenie ładnej rozkładówki, szukanie inspiracji, motywu przewodniego, itd. Później brakowało mi energii i chęci na planowanie. Nie mówiąc już o tym, że ciężko było mi się zabrać za samo rysowanie, bo często “nie było odpowiedniego światła” – co wiązało się z albo nagrywaniem na YT, albo z głupim zrobieniem zdjęcia – nie mogłam nic planować, bo do zdjęcia planer musiał być pusty. Dodatkowo – tworzyłam milion niepotrzebnych rozkładówek, których nie używałam, np. tracker seriali – który mam w aplikacji na telefonie albo tracker książek – którego używam na lubimyczytać.pl.

Perfekcjonizm – chciałam, żeby planer był ładny, perfekcyjny, “InstaFriendly”, a papier nie wybacza tak łatwo ;). Co kończyło się czasami zaczynaniem od nowa.

Porównywanie się z innymi – w Internecie jest cała społeczność bullet journalistów, do której się porównywałam – chciałam, żeby moje rozkładówki też były takie piękne, przejrzyste, och, ach. 

Poczucie obowiązku – jako że mój Instagram przez jakiś czas opierał się na zdjęciach bullet journala – miałam poczucie obowiązku, że muszę zrobić ładną rozkładówkę, nie mogę wykorzystać zwykłego, prostego oryginalnego systemu, bo nie tego oczekują moi obserwatorzy.

Koszta – ładne planery, brush peny, washi tape – to wszystko kosztowało dużo pieniędzy. A planowanie cyfrowe, z którego obecnie korzystam – jest darmowe ;).

Podsumowanie

Jak widzisz, w pewnym momencie dużo rzeczy w bullet journalu zaczęło mi przeszkadzać. Kiedyś wspomagałam się jeszcze Asaną, ale wciąż – bujo nie był wystarczający. Obecnie używam kilku narzędzi i jestem dużo bardziej efektywna, ale o tym innym razem. Nie neguję bullet journalingu – może kiedyś do niego wrócę, bo uwielbiam papier – nie zamykam tych drzwi. Obecnie nie jest to system dla mnie. Jeśli dla Ciebie działa – to super! Ważne jest, żebyś Ty była zadowolona, efektywna i realizowała swoje plany. Ja na razie bullet journaling odpuszczam!

Ściskam,

Gloria

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Inne wpisy